Tańczący markiz, diamenty i skandale – plotkarska opowieść o Henrym Pagetcie i jego błyszczącym świecie

Gdyby Henry Paget, 5. markiz Anglesey, żył w naszych czasach, tabloidy miałyby zapewniony materiał na lata, a jego konto na Instagramie prawdopodobnie przebiłoby popularnością niejedną gwiazdę popu. W epoce edwardiańskiej musiał jednak zadowolić się kronikami towarzyskimi, teatralnymi recenzjami i pełnymi jadowitej ironii komentarzami londyńskich plotkarzy. I trzeba przyznać, że dawali z siebie wszystko, bo Paget był chodzącą sensacją – ekstrawagancki, rozrzutny, czarujący i absolutnie nieprzewidywalny. Arystokrata, który zamiast polowań i polityki wybrał taniec, teatr i diamenty, stał się bohaterem anegdot, które krążyły po salonach szybciej niż kieliszki szampana.

Już jako młody dziedzic zdradzał cechy, które później miały uczynić go legendą. Gdy inni młodzi lordowie ćwiczyli powagę i sztukę nudnej konwersacji o pogodzie, Henry ćwiczył piruety i miny sceniczne przed lustrem. Znajomi rodziny szeptali, że „chłopiec ma temperament artysty”, co w arystokratycznym słowniku oznaczało zwykle: „będzie z nim kłopot”. I mieli rację. Kiedy w końcu odziedziczył tytuł markiza Anglesey, zamiast dostojnie wtopić się w tło brytyjskiej elity, wyskoczył na pierwszy plan niczym konfetti z teatralnej armaty.

Londyńskie salony szybko zaczęły mówić o nim jako o „Tańczącym Markizie”. Nie dlatego, że czasem tańczył – on tańczył zawsze. Na balach, przyjęciach, a nawet podczas zwykłych kolacji potrafił nagle poderwać się z krzesła i zaprezentować fragment układu baletowego, ku mieszance zachwytu i konsternacji gości. Jedna z dam dworu miała podobno powiedzieć, że „markiz Anglesey tańczy nawet wtedy, gdy siedzi”, a satyryczne pisemka podchwyciły to zdanie z radością. Prasa uwielbiała jego wybryki: raz pojawił się na przyjęciu w stroju inspirowanym hiszpańskim torreadorem, innym razem jako grecki bóg miłości, co wywołało skandal wśród bardziej pruderyjnych gości, ale też lawinę zaproszeń na kolejne wydarzenia. Bo z Pagetem było jak z fajerwerkami – głośno, krótko i wszyscy chcieli być blisko, gdy wybuchnie kolejny.

Jego życie prywatne było równie barwne jak garderoba. Małżeństwo z Lilian Chetwynd zapowiadało się jak bajka: piękna para, pieniądze, młodość i ambicje. Londyńska śmietanka towarzyska obstawiała, że będą nową królewską parą balów i premier teatralnych. I przez chwilę rzeczywiście tak było. Wspólne wyjścia Pagetów opisywano z detalami godnymi kronik mody – kto miał na sobie ile pereł, kto błyszczał bardziej, Lilian czy jej diamenty. Szybko jednak zaczęto szeptać, że w tym małżeństwie jest więcej sceny niż kulis, a każdy z małżonków chce grać główną rolę. Kiedy doszło do rozwodu, plotkarskie kolumny dosłownie eksplodowały. „To nie rozstanie, to finałowy akt opery” – napisał jeden z dziennikarzy, a inny z przekąsem dodał, że „jedyną rzeczą, której Paget nie potrafi utrzymać w ryzach, są jego finanse i serce”.

A o finansach mówiło się równie dużo jak o uczuciach. Henry Paget wydawał pieniądze z rozmachem godnym sułtana. Teatry, kostiumy, bale, muzycy, dekoracje – lista jego wydatków przypominała scenariusz musicalu. Znajomi żartowali, że markiz potrafi wydać fortunę szybciej, niż inni zdążą ją policzyć. W pewnym momencie londyńskie towarzystwo zaczęło obstawiać, kiedy dokładnie Paget doprowadzi się do ruiny, bo było niemal pewne, że to tylko kwestia czasu. On sam zdawał się tym kompletnie nie przejmować. „Pieniądze są po to, żeby je zamieniać w wspomnienia” – miał powiedzieć podczas jednego z bankietów, a ta sentencja szybko obiegła salony jako nieoficjalne motto Tańczącego Markiza.

Współcześni mu ludzie mieli o nim zdania skrajne, co tylko podsycało jego legendę. Jedni nazywali go czarującym ekscentrykiem, inni – niepoprawnym narcyzem. Krytyk teatralny z „The Times” pisał z lekką ironią, że „markiz Anglesey ma więcej energii niż trzy orkiestry i więcej ego niż cały parlament”. Z kolei jedna z arystokratek wspominała po latach, że Henry był „najbardziej czarującym mężczyzną, jakiego znałam, ale też jedynym, który potrafił sprawić, że wstydziłam się za niego i jednocześnie chciałam bić mu brawo”. Tego rodzaju opinie krążyły jak waluta w londyńskim świecie towarzyskim – im bardziej sprzeczne, tym lepsze dla jego reputacji.

W tej opowieści nie mogło zabraknąć biżuterii, bo Paget kochał błysk niemal równie mocno jak oklaski. Jego kolekcja była legendarna. Diamenty, perły, rubiny i szmaragdy pojawiały się nie tylko na szyjach dam, ale także – o zgrozo konserwatystów – w elementach jego własnych kostiumów scenicznych. Krążyły plotki, że na jeden z balów przyszedł w pelerynie podszytej drogocennymi kamieniami, co skwitowano komentarzem, że „markiz dosłownie świeci przykładem”. Jednak największą gwiazdą tej błyszczącej menażerii była Anglesey Tiara – klejnot, który stał się niemal symbolem całej epoki pagetowskiej ekstrawagancji.

Anglesey Tiara była wszystkim, czym Paget lubił się otaczać: efektowna, elegancka i odrobinę teatralna. Wykonana z diamentów ułożonych w finezyjne, kwiatowe motywy, przypominała raczej sceniczny rekwizyt niż zwykłą arystokratyczną ozdobę. A jednak to właśnie ta mieszanka luksusu i lekkości sprawiała, że tiara idealnie pasowała do świata Tańczącego Markiza. Najczęściej nosiła ją jego żona Lilian, która w niej wyglądała jak żywa reklama stylu edwardiańskiego. Plotkarskie rubryki rozpisywały się o tym, jak na jednym z balów tiara błyszczała jaśniej niż wszystkie świeczniki w sali, a ktoś złośliwie zauważył, że „jeśli markiz kiedyś zbankrutuje, zawsze może sprzedać połowę światła z tej tiary”.

Po rozwodzie i finansowych tarapatach losy klejnotów Pageta stały się równie dramatyczne jak jego życie. Część biżuterii sprzedano, część trafiła w ręce kolejnych właścicieli, a Anglesey Tiara zaczęła własną wędrówkę przez historię, pojawiając się co jakiś czas niczym duch dawnej świetności. Każde jej pojawienie się na aukcji czy wystawie budziło zainteresowanie nie tylko miłośników biżuterii, ale i tych, którzy pamiętali, że za tym blaskiem kryje się opowieść o człowieku, który żył szybciej, głośniej i drożej niż większość jego epoki.

Henry Paget zmarł młodo, mając zaledwie trzydzieści lat, co tylko dodało jego historii romantycznej nuty tragizmu. Współcześni mówili, że „spalił się jak fajerwerk” – szybko, intensywnie i zostawiając po sobie dym wspomnień. Jedni wspominali go z pobłażliwym uśmiechem jako arystokratę, który roztrwonił wszystko na fanaberie. Inni z nutą podziwu mówili, że był jednym z nielicznych, którzy mieli odwagę żyć dokładnie tak, jak chcieli, nawet jeśli kosztowało to fortunę i reputację.

Dziś Henry Paget jawi się bardziej jako bohater barwnej legendy niż podręcznikowej historii. Tańczący Markiz, skandalista, estetą, rozrzutnik i czarujący narcyz w jednym – postać, która idealnie pasuje do rubryk „największe ekscesy arystokracji”. A gdzieś w tle tej opowieści wciąż migocze Anglesey Tiara, jakby przypominając, że w świecie Pageta wszystko musiało błyszczeć, nawet jeśli miało to być ostatnie światło przed zgaśnięciem reflektorów. Bo Henry Paget nie był stworzony do cichego życia w cieniu. On musiał tańczyć, skandalizować i świecić – najlepiej jednocześnie.